Niezwykłe odnalezienie kozy

Ponieważ jest to mój pierwszy post na blogu Vivy! Bardzo miło mi się przywitać ze wszystkimi czytelnikami (i czytelniczkami). Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie historię o kozie imieniem Lucy i jej niezwykłym odnalezieniu… :)

LucyWakacje są czasem różnych dziwnych pomysłów i wydarzeń. Kilka dni temu w kręgach osób tropiących zjawiska niewyjaśnione, stało się głośno o dziwnej istocie, która miała nawiedzać okolice Sochaczewa, a nawet widziało ją kilku mieszkańców. Gdy siedziałem akurat u mojego przyjaciela, Cyprian rzucił spontanicznie pomysł – „To co? Jedziemy tam?”.

Dwa dni później, około południa wyruszyliśmy razem z Cyprianem i moim bratem w dobrych humorach, czując, że wyruszamy na spotkanie przeznaczenia – jakiekolwiek by ono nie było :).

Celem naszej podróży był Juliopol – mała miejscowość koło Młodzieszyna – innej małej miejscowości pod Sochaczewem. Nasza podróż minęła bardzo szybko – praktycznie pusta trasa, zielono za oknami, dwa przekroczenia Wisły i niezwykła muzyka wypełniające wnętrze pojazdu. Gdy przedarliśmy się przez las i dotarliśmy do miejsca w którym dwa tygodnie temu miały miejsce dziwne wydarzenia, natrafiliśmy na sympatycznie wyglądającego staruszka jadącego na rowerze.

– Pytamy go? – rzucił Cyprian.
– Jasne – odpowiedziałem.

Przez otwarte okno spytaliśmy pana o to, czy nie widział w tamtych rejonach czegoś dziwnego, albo czy słyszał opowieści o dziwnym stworzeniu rzekomo chodzącym po okolicy. Staruszek zaczął się śmiać i powiedział tylko:

– Ja to tam niczego nie widziałem, ale ludzie to gadajo. Nawet w gazetach o tym było to mogę wam panowie pokazać.

Podziękowaliśmy, ponieważ znaliśmy relacje z gazet. Po zaparkowaniu samochodu zaczęliśmy przeczesywać okoliczne lasy. Ale śladów dziwnych istot nie było…

Gdy wyłoniliśmy się z powrotem na asfaltową uliczkę, znów natknęliśmy się na tego samego staruszka jadącego na rowerze w przeciwną stronę.

– I co? Są tam kangury jakie? – spytał nas wesoło.

Kangurów nie było, ale znów zaczęliśmy z nim rozmawiać. Po chwili dołączył do nas jego kolega, który prowadził koło siebie stary zniszczony, pomarańczowy rower.

Gdy obaj panowie dowiedzieli się, że jesteśmy studentami, potraktowali nas bardzo miło i zaczęli opowiadać lokalne historie i anegdoty. Opowiedzieli o zięciu kościelnego, a także o sołtysie, któremu podobno coś zabiło cielaki, ale to nie prawda… Pani, która dołączyła do naszej wesołej gromadki opowiedziała historię zasłyszaną u fryzjera. Nagle staruszek, którego spotkaliśmy na samym początku powiedział:

– Ale wiecie co? Ja to tam nie widziałem dziwnych istota żadnych a często tu rowerem jeżdżę. Ale dziś rano ło szóstej jak szłem grzyby zbierać, to wiecie co? Kozę ktoś tam wyrzucił. I beczała rano jeszcze, ale ja to tam nie wiem…

Kolega starszego pana bardzo dosadnie wyraził niedowierzanie, a my poprosiliśmy, aby staruszek zabrał nas do tej kozy.

– Ano to chodźcie panowie. To bliziuteńko to na pieszo podejdziemy.

Ruszyliśmy wąskimi leśnymi ścieżkami, a dwóch staruszków prowadziło swoje skrzypiące rowery. Wkrótce porzucili rowery pod rozłożystym drzewem koło drogi i ruszyliśmy przez pola w kierunku niewielkiego zagajnika. Byliśmy bardzo oddaleni od cywilizacji i idąc w pełnym Słońcu, spodziewaliśmy się odnalezienia martwego ciała, które kiedyś należało do kozy…

Pan, który znalazł kozę

– O, tu jest! – wskazał ręką staruszek. Zobaczyłem leżącą na ziemi nie ruszającą się białą kozę i dół, który kopała od rana swoimi kopytami, próbując wyswobodzić się z tej piekielnej pułapki. Było już po 14, więc koza musiała leżeć na Słońcu co najmniej od 6 rano (czyli 8 godzin). Po chwili zaczęła ruszać łapkami, ale była zbyt zmęczona, aby meczeć. Miała matowe, pozbawione życia, przymrużone oczy i nie podnosiła nawet głowy.

Pierwszym odruchem było to, aby napoić to biedne stworzenie. Gdy zbliżyłem do niej butelkę i zacząłem wlewać jej do pyszczka wodę, koza zaczęła łapczywie pić i się oblizywać. Wypiła (na raty) 1,5 litra wody.

Staruszkowie przenieśli ją w cień, rozmawiając między sobą o tym, czy nadawałaby się jeszcze na kotlety („ale nie bo za chuda”). Po chwili uznali, że nie warto byłoby nawet z niej ściągać skóry („bo linieje”).

– Uśpienie kozy to 20zł. Za jajka trzeba by powiesić tego, kto zrobił coś takiego kozie! – powiedział jeden z nich.
– Żeby stworzenie zostawić na Słońcu, toż to jaki bydlak musiał zrobić! – oburzył się drugi.

Po chwili panowie zostawili nas samych z kozą, obawiając się, że ktoś ukradnie im rowery („i na złom pójdą”). Poinformowali nas też, że w Młodzieszynie znajdziemy weterynarza, którą uśpi kozę.

Karmiąc ją liśćmi brzozy, nie mieściło nam się w głowie, aby ją zabić. Przecież mieliśmy przed sobą zwierzę potrzebujące naszej opieki!

Nie wiedząc dalej co robić z nowym towarzyszem naszej podróży, zadzwoniliśmy do Czarka. Okazało się, że z Vivą kontaktowało się niedawno schronisko chcące przygarnąć kozę. Czarek obiecał popytać, a my postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwanie weterynarza, który zbada Lucy (tak ją nazwałem nawiązując do piosenki Beatlesów) i powie nam w jakim zwierze jest stanie.

Cyprian po chwili przyprowadził swój samochód, a potem we trzech przenieśliśmy Lucy do samochodu. Okazało się to wbrew pozorom dość trudnym zadaniem, ponieważ koza była bezwładna i bardzo ciężka. W końcu, z kilkoma przerwami udało się ją umieścić w bagażniku z położonym siedzeniem. Aby było jej wygodniej, Cyprian położył jej pod głowę kurtkę. Ruszyliśmy szukać weterynarza. Po spytaniu kilku miejscowych osób (w tym pani w kiosku, która była bardzo życzliwa i trzymała kciuki, za uratowanie kozy), dotarliśmy na podwórko lekarza zwierząt.

Gdy zapukaliśmy, z zupełnie innych drzwi wyłonił się silnie zbudowany mężczyzna z krzaczastym wąsem. Opowiedzieliśmy mu całą historię znalezienia kozy. Pan potarł czoło i spytał:

– Ale spytaliście czyja to koza?
– No nie, ktoś ją wyrzucił, aby umarła na Słońcu…
– Hm…

– W jakim jest stanie ta koza? Co z nią można zrobić? – spytałem pokazując na zwierze leżące w spokoju w bagażniku.
– No to będzie trzeba zrobić ubój z konieczności – odpowiedział pan weterynarz…
– Ale jest schronisko, które chętnie ją przygarnie, chcielibyśmy się tylko dowiedzieć w jakim ona jest stanie – nalegałem.
– Ktoś chce taką kozę?! – pan weterynarz nie krył zdziwienia i rozbawienia.

Po chwili odetchnąłem z ulgą, ponieważ okazało się, że w takiej sytuacji nie ma już „konieczności” zabijania naszej kozy.

Weterynarz zbadał ją, zmierzył jej temperaturę, a koza, gdy tylko podsuwało się jej liście mlecza, albo koniczynę (albo cokolwiek innego co było zielone i liściowe), dosłownie rzucała się na jedzenie i ciągle jadła. Okazało się, że Lucy jest w bardzo dobrym stanie, niedawno przeszła poród, jest starszą kozą i od jakiegoś czasu cierpi na niezborność na prawą stronę (czyli nie jest w stanie ustać na nogach i przewraca się). Dowiedzieliśmy się, że jeśli o nią zadbamy, porządnie nakarmimy i napoimy, koza może całkiem wrócić do siebie i znów stanąć na nogach i hasać :) .

Lucy i jej skrzynka :)

Niedługo potem podłożyliśmy jej drewnianą skrzynkę, aby mogła trochę posiedzieć i ogołociliśmy pole z nadziemnych części roślin. Nie umiem stwierdzić, czy Lucy wolała jeść bardziej trawę, czy mlecze, ale na pewno wolała liście brzozy od liści nawłoci ;) . Karmiliśmy ją z przerwami dobre 20 minut, zanim wreszcie miała dość. W jej oczach wrócił blask i co jakiś czas machała uszami. Okazała się bardzo wesoła. Odezwała się nawet kilka razy.

Niedługo potem Cyprian i pan weterynarz postawili ją na nogi, a koza zaczęła już utrzymywać równowagę. Co prawda nie na długo, ale zawsze było to coś!

Próba utrzymania równowagi

Pojawiło się tylko pytanie, gdzie ją przechować od soboty do poniedziałku, zanim będzie po nią mógł przyjechać ktoś ze schroniska. Myśleliśmy o lecznicy w Łomiankach, niedaleko Warszawy – są tam boksy dla zwierząt, więc myśleliśmy, że powinno być ok. Niestety właścicielka lecznicy stanowczo odmówiła, spiesząc się, aby skończyć pracę i mówiła, że „nie ma praktyki z kozą”. Nie dała się przekonać tym, że koza jest w praktyce trochę łatwiejsza „w obsłudze” niż królik.

Czarek znów uratował sytuację – podzwonił po wielu osobach i… miejsce w którym koza przetrwa do poniedziałku zostało odnalezione. Było pod Grójcem, czyli 60km od nas.

Podziękowaliśmy bardzo panu weterynarzowi, który też polubił kozę i kilka razy ją pogłaskał, i znów przenieśliśmy ją do samochodu Cypriana. Koza szybko usnęła z błogą miną. Nie przeszkadzała jej żadna, cicha muzyka, ani tym bardziej nawiew. Nie wydawała też zupełnie żadnego zapachu, więc jazda z nią przypominała podróż ze śpiącym dzieckiem.

Lucy czekająca na transport

Po dniu pełnym wrażeń koza zamieszkała chwilowo niedaleko Grójca u pani Kariny. Ma własny gąbkowy materac i nową skrzynkę o którą może się oprzeć, gdy będzie chciała siedzieć. Pani Karina obiecała mieć na nią oko, a w najbliższy poniedziałek Lucy wyruszy do nowego domu, gdzie się nią troskliwie zajmą i… mam nadzieję, że stanie na nogi. Gdy wrócę z wakacyjnych podróży chętnie do niej zajrzę.

Cała historia ma jeszcze jeden ciekawy aspekt. Gdy udało nam się już uratować kozę, wszyscy poczuliśmy, że życie tego zwierzęcia jest bezcenne. I być może dla kogoś to tylko „kolejna koza uratowana przypadkiem”, ale dla tej kozy to całe uratowane życie. A poza tym nie wierzę w przypadki :D .

Gdy wieczorem wracaliśmy do Warszawy, nikomu z nas nie chciało się mówić. Włączyliśmy muzykę, Cyprian prowadził, a my odtajaliśmy. Pół godziny później ktoś rzucił pytanie:

– Wiecie panowie co?
– Mm?
– Uratowaliśmy dzisiaj kozę…

Ponieważ Cyprian jest studentem szkoły filmowej, nakręcił aparatem kilka ujęć z ratowania Lucy. Zmontowałem z tego krótki film, który możecie zobaczyć poniżej:

Facebook Comments

Może Ci się również spodoba

Shares