Wegańska Francja?

– Francuzi nie wiedzą, co to jest weganizm. To dla nich nowa idea. Ale za to wiedzą już, co to wegetarianizm! – poinformowała mnie ze śmiechem Debora podczas ostatniego wieczoru w Paryżu. O wyprawie, śmiesznych sytuacjach i kłopotach językowych we Francji możecie przeczytać właśnie tutaj :)

dscn7190

Niedawno wróciłem z podróży do Francji. Rozpakowałem plecaki, obejrzałem pamiątki, przegrałem zdjęcia. Mam wrażenie, że to był jeden z dłuższych i pełniejszych atrakcji tygodni w moim życiu. I nie dlatego, że podróżowałem autostopem, mieszkałem w namiocie i piłem wodę ze strumienia – bo wcale tak nie było ;) .

Początkiem podróży była Loara, a dokładniej mała urokliwa miejscowość – Montresor. W całym miasteczku żyje niespełna 400 mieszkańców. Jedną piątą stanowią Polacy, ale najczęściej należą do starszego pokolenia. Nad całym miasteczkiem góruje zamek, stojący tam cierpliwie od prawie dziesięciu wieków. Zachowały się jeszcze zamkowe mury z XV wieku, domki, z których część została wyżłobiona w skałach i nazywana jest przez mieszkańców „troglodydami”. Pośród jasnych uliczek wiszą donicę z kwiatami, mosty nad drobnymi rzeczkami w nocy rozjarzają się fontanną świateł, a wszędzie widać uśmiechniętych ludzi.

– Ich rodziny mieszkają tu od wieków… O, ten to na przykład potomek naszej służby – powiedziała pani Anna Potocka, to właśnie do jej rodziny należał od ponad stu lat zamek. Starsza pani jest z tego dumna, ale podchodzi do wszystkiego z dużym luzem i bardzo abstrakcyjnym poczuciem humoru. To bardzo rzadko spotykane u osób po osiemdziesiątce. Gdy dowiedziała się, że ja, ani mój brat nie jemy mięsa, spytała:

– To co tacy nieszczęśnicy jedzą?!

Po chwili namysłu dodała:

– Ale ja w sumie też prawie nie jem mięsa. Przynoszą mi obiady, ale wydłubuję sobie warzywka, a mięso ląduje przez okno… o, u tamtego pieska.

Zakupy w pobliskim (i jedynym) sklepie okazały się dużą atrakcją. Sprzedawca był bardzo dumny z tego, że jest Francuzem i na każde moje pytanie po angielsku, odpowiadał z uśmiechem w swoim rodzimym języku, a gdy próbowałem powtórzyć po francusku wymówioną przez niego cenę, z lubością poprawiał mój akcent.

– Soja lait? – spytałem, wiedząc, że „lait” to po francusku mleko.

– Hm… Non – odparł z uśmiechem pan sprzedawca.

Przeszedłem się po sklepie uważnie czytając skład różnego typu produktów spożywczych. Trzeba było tylko zwracać uwagę na to, czy w składzie znajdują się „oeuf” (jajko), albo „lait” (mleko). Pozostałe niewegańskie składniki dało się wyszukać na logikę. Po poszukiwaniach udało się odnaleźć dwa przysmaki – „Figolu” (ciastka z figą) i „Petit Brun” (herbatniki wegańskie). I niezliczone ilości konfitur i dżemów.

Cieszyłem się, że mam ze sobą jedzenie przywiezione z Polski ;) .

dscn7188_mont

Kilka dni później po odwiedzinach na targu staroci (który Francuzi nazywają „czyszczeniem strychów”), dotarłem również na festyn średniowieczny. Sprzedawca średniowiecznych strojów i peleryn w dziwacznym kapeluszu i czymś pomiędzy śliwkowymi spodniami a spódnicą, zaczął żartować, gdy przymierzałem jedną z koszul.

– Powinieneś trochę przytyć – powiedział po angielsku, śmiejąc się od ucha do ucha, chudy jak patyk człowiek.

– Jestem weganinem, to trochę trudne – odpowiedziałem, na co pan bardzo się ucieszył.

– To świetne! Znam paru wegan.

Po chwili rozmowy okazało się, że jest pół Niemcem, pół Polakiem, ale nie mówi po polsku. Udzielił mi za to super zniżki („tylko dla Polaków!” ;) ).

– Tylko uważaj, jak będziesz chodzić w tych ciuchach po ulicy, to każdy będzie cię pytał, czy masz haszysz – powiedział śmiejąc się i poprawiając kapelusz.

Tego dnia zawitałem do dużej francuskiej pizzerii. Podeszła do mnie atrakcyjna kelnerka i zaczęła mówić super szybkim francuskim.

– Nie mówię po francusku – powiedziałem po francusku. To jeden z nielicznych zwrotów, które znam, ale okazał się bardzo przydatny :) .

– Mówisz po angielsku? – spytałem po angielsku.

– Troszeczkę – odparła zmieszana.

– To tak jak ja troszeczkę po francusku – powiedziałem spokojnie. – Na pewno się dogadamy.

Kelnerka uśmiechnęła się i raczej na migi niż w inny sposób udało się dogadać co do napoju i jego objętości. Potem pokazałem na pizzę wegetariańską. Wcześniej przewertowałem słownik i dowiedziałem się, że pizza jest z kalafiorem, fasolą, serem i świeżymi pomidorami.

Pokazałem palcem na pizzę i powiedziałem kolejny użyteczny zwrot:

– Sans fromage [są fromaż] – Bez sera. Użyteczny zwrot, który przed wyjazdem zdołała mi podyktować Kamila.

Kelnerka uśmiechnęła się i kiwnęła ochoczo głową, bo wszystko zrozumiała. Po chwili parowała przede mną prawdziwie francuska pizza bez sera. I nikogo to nie zdziwiło, że jest bez sera :D .

dscn7392_pizza

W międzyczasie zostałem zaproszony do bratowej pani Anny u której mieszkałem. Okazało się, że u bratowej przebywa teraz jej kuzynka wraz z przyjaciółką i chętnie mnie z nimi zapozna. Wieczorem z przyjemnością udałem się na zaaranżowane spotkanie. Okazało się, że obie dziewczyny są w moim wieku, są uśmiechnięte i mają ochotę wieczorem iść na imprezę do znajomych, na grilla. Na grilla!

Zgodziłem się, nie nastawiając się zbytnio na frykasy tłuszczące się nad wulkaniczną lawą, na metalowej kratce.

Gdy dotarliśmy na imprezę w dobrych humorach rozmawiając w trzech różnych językach (z Olą po polsku, z Lucią po słowacku, a z oboma po angielsku) wszyscy stanęliśmy gdzieś w kącie i nikt nie kwapił się do podchodzenia po grillowe smakołyki.

– Wiesz, my nie jemy mięsa – poinformowały mnie dziewczyny.

– Wiecie, ja też – odpowiedziałem budząc ich uśmiech.

Okazało się, że jedna z nich nie je mięsa od urodzenia, druga od roku. Cały wieczór zszedł na rozmowach o jedzeniu ;) .

Gdy kilka dni później za sprawą francuskiej kolei znalazłem się w Paryżu, spodziewałem się znalezienia większej ilości wegańskich rarytasów. Niestety – okazało się, że asortyment sklepowy jest dokładnie (!) identyczny jak w małym miasteczku oddalonym o 200km. Co więcej – w asortymencie nie było już ciasteczek „Figolu”!

Ale jedzenie z Polski wciąż było ze mną :D .

Za sprawą happycow.com udało się namierzyć wegetariańskie miejsca na mapie Paryża i niedługo potem zasiadłem w Maoz – wegańskim kebabie prowadzonym przez parę młodych Arabów (mówiących po angielsku!). Falafel można było jeść z humusem albo z frytkami, albo bez. Pozostałe składniki wybierało się wedle uznania. W mojej wersji „Maoz Kebab” znalazły się głównie czarne oliwki i czarne oliwki, a w trzeciej kolejności inne składniki ;) .

Następnego dnia dotarłem do Disneylandu. Orgia kolorów. Orgia zapachów. Tłumy osób z uszami Myszki Miki. Świecące różowe pałace, czerwona wata cukrowa, dziewczynki w strojach księżniczek. Muzułmanki w kolejce po popcorn. Cały teren jest wielkości małego miasteczka, zaskakuje ilością detali, robi ogromne wrażenie. Po zażyciu kilku łyków radości w atrakcjach lunaparku brzuch zaczął mruczeć z głodu. I tu zaskoczenie było aż nadto miłe! Disneyland ma do zaoferowania weganom bardzo dużo – pod warunkiem, że zechcą poszukać ;) .

Na obiad udałem się do pobliskiej restauracji znajdującej się na terenie parku. Spytałem kelnerkę, ubraną w strój z lat pięćdziesiątych, czy znajdę w środku coś wegetariańskiego lub wegańskiego. Dziewczyna z wytatuowaną na ręku bransoletką odpowiedziała łamanym angielskim:

– Tam jest bufet. Bierzesz to, co uznasz. Samoobsługa. Chcesz najpierw popatrzeć co jest?

Z chęcią popatrzyłem. Chwilę później za 20 Euro (co jest niską ceną na francuskie warunki) mogłem się objadać do woli :) .

dscn7739_

Wybór był bardzo szeroki – od ryżu, gotowanych warzyw, frytek, kukurydzy, leczo, sałatek z pomidorów, marchewek aż do sałatek owocowych, czy surowych arbuzów. Oczywiście nie można było tu znaleźć tofu, czy seitanu, ale uwierzcie mi – naprawdę było smacznie :) . I przede wszystkim dużo.

Gdy podszedłem do kucharza, aby dowiedzieć się, w której z sałatek jest mleko, czy mięso, kucharz popatrzył na mnie i się uśmiechnął. Był niskim, starszym mężczyzną o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy. Wskazałem na miski z sałatkami.

– Bonjeur Mesieur – Francuzi lubią, gdy tak się zaczyna rozmowę. – Czy ta sałatka jest wegetariańska? – spytałem po angielsku.

„Chińczyk” spojrzał na mnie i zaczął bardzo szybko mówić mieszaniną francuskiego, angielskiego i… włoskiego?

Nic nie zrozumiałem ;) .

– Ta? Wegetariańska? – ponowiłem.

Ochocze kiwnięcia głową. Mieszanka „we”, „yes” i „si”. Cmoknięcie w palce pasujące do czapki kucharza. Szeroki uśmiech.

– Sans lait? [są lat] (bez mleka?)

Uśmiech i seria szybkich kiwnięć głową.

– Yes Mesieur. Szalat! Salad! – następnie „Chińczyk” poinformował mnie sam z siebie, że sałatka jest koszerna, dobra dla Żydów i właściwie dobra dla każdego. Mimo wszystko była w całości biała i byłem pewien, że miała w sobie coś pochodnego od krowy. Kucharz szybko wrócił do swoich zajęć, a ja nałożyłem sobie coś innego.

dscn7738_

Mój brzuch był pełen jedzenia, więc z chęcią udałem się do pobliskiego kina, gdzie za darmo można było oglądać stare, czarno-białe bajki Disneya. Audytorium stanowiły w dużej mierze dzieci wymęczone atrakcjami i uśpione ciemnością kina…

dscn7751_kino

Następnego dnia udało mi się „zaliczyć” restaurację „La Victoire Supreme du Coeur”. Na liście happycow.com znajdowała się na pierwszym miejscu, a jak zostałem później poinformowany, to ulubiona restauracja wszystkich wegetarian w Paryżu.

Jeśli ktoś z Was będzie kiedykolwiek w Paryżu, polecam to miejsce po stokroć! Czysto, schludnie, miła obsługa mówiąca w pełni po angielsku. Romantyczna atmosfera (większość osób stanowiły dobrze ubrane pary). Jedzenia takiego jak tam nie jadłem nigdy wcześniej.

W „La Victoire Supreme du Coeur” postawiono głównie na jakość – wszystko pochodzi z ekologicznych, a większość też z organicznych surowców. W swym menu posiadają także organiczne wina (których nie próbowałem), czy „sweet cidar” – napój z fermentujących jabłek.

Na jedzenie nie trzeba było nawet za długo czekać – na stół wjechały pasztety z grzybów z dżemem cebulowym, vegeburger robiony z ich własnego saitanu z plastrami cukinii, podsmażane ziemniaczki z dziwnymi przyprawami, czy makaron z karczochami i grzybową pieczenią. Do tego świeże soki i ziołowe herbaty. Zarówno ja, jak i reszta osób przy stole byliśmy zachwyceni. Restauracja naprawdę fantastyczna, a ceny – francuskie ;) . 68 Euro za 4 osoby.

dscn7493

Na wegańskiej mapie Paryża miejscem, które nie jest de facto restauracją, ale moim zdaniem przebija nawet „La Victoire…” jest „The Gentle Gourmet” – kuchnia prowadzona przez Deborę, mamę wegańskiej rodziny. Aby tam zjeść trzeba dokonać rezerwacji 24 godziny naprzód, ale naprawdę warto. Oprócz świetnego (!!!) jedzenia, była to okazja do poznania wegan z Kanady i długich rozmów na temat zwierząt, praw zwierząt, czy przepisów. Szefowa „The Gentle Gourmet” cały czas jadła z nami przy jednym stole opowiadając przeróżne historie perfekcyjnym angielskim (z tego co zrozumiałem, jej mama była Amerykanką).

Jedzenie, które zaserwowała Debora było bardzo różnorodne i niezwykle smaczne, a do tego ładnie przystrojone. Teraz, gdy o tym myślę znów zaczynam być głodny (inna sprawa, że jest druga rano, więc chyba mam prawo ;) ). Na początku kanapeczki z humusem i rzodkiewkami, do tego małe wiśniowe pomidory. Potem potrawa, której nazwa jest tylko francuska i nie umiem jej powtórzyć. Debora tłumaczyła, że jest to pięć rodzajów ziarna wykiełkowanego i zmielonego ze sobą, potem pomieszane delikatnie ze świeżymi pomidorami pokrojonymi w kostkę, z natką pietruszki, przyprawami i obsypane drobnymi kawałkami ogórków.

Jako drugie danie nadciągnęło tofu w chrupiącej, grubej panierce, sos grzybowy z jogurtem sojowym, fasolka szparagowa, sałatki, ziemniaczki i przyprawy.

Być może jedzenie przekute w symboliczne litery nie oddaje tego zapachu, czy aromatu przeszywającego podniebienie, ale wtedy byłem naprawdę w małym wegańskim raju…

Deser spowodował, że dzieci Michaela (weganina z Kanady) patrzyły na miseczki z zapartym tchem. Pachnące ciasto czekoladowe, sorbety z gruszek i czarnych porzeczek, sok ze świeżych pomarańczy. Dla każdego dokładka.

Na koniec herbata (z dziwnych, ale bardzo pysznych ziół) i dyskusje w ciepłej, i bardzo rodzinnej atmosferze.

Z przyjemnością przytoczę tu adres ich strony i… mam nadzieję, że Wam się kiedyś przyda :)

http://www.gentlegourmetbandb.com/

Aby skończyć tę przydługą relację napiszę tylko, że Michael był zachwycony naszymi akcjami pod kanadyjską Ambasadą.

Każdy z nowych wegańskich znajomych, gdy zostawałem z nimi sam pytał:

– A czy dużo jest wegan w Polsce?

Nie wiedziałem, czy jest nas już dużo, czy jeszcze mało, więc mówiłem, że nie za dużo. Kiwali głowami i mówili:

– U nas też. Ale będzie nas coraz więcej. Ludzie się powoli zmieniają.

Benjamin (syn Michaela, mający 12 lat) mówił, że u niego w szkole mało kto wie, kim są weganie. Gdy im tłumaczy, padają te same pytania, co w innych krajach – „To co ty jesz? Jak tak można? Jak to bez mleka?… itd.”.

Debora z kolei opowiadała, że we Francji ma miejsce swoisty paradoks – Francuzi z jednej strony uwielbiają zwierzęta, ale z drugiej strony nie są w stanie wyrzec się dla nich swoich tradycyjnych serów czy rogalików. Narzekała też, że mało osób chce się angażować w działania prozwierzęce, ale za to co jakiś czas odbywają się tam jakieś wegańskie „eventy” o których obiecała informować mnie na bieżąco.

Wyjazd do Francji uważam za bardzo udany, a ilość nowych doświadczeń – nieoceniona. Jak zwykle najważniejsi okazali się ludzie i atmosfera, którą wokół siebie tworzą. A ta – gdy wszyscy mają dobre chęci – może być naprawdę fantastyczna.

Na zakończenie krótki filmik, który stał się częścią wegańskiej dyskusji przy paryskim stole ;)

httpv://www.youtube.com/watch?v=hMpHF2a-IJY

Jeśli komuś starczyło zaparcia i doczytał do tego miejsca, dziękuję :)

Facebook Comments

Może Ci się również spodoba

Shares