Wirus antropocentryzmu

Historia  Billige brudepige kjoler pokazuje, że kiedy ignorancja łączy się z arogancją, rezultaty są zwykle katastrofalne dla tych, którzy znajdują się poza moralnym uniwersum danej kultury.
Roger Fouts (prymatolog, zastępca dyrektora Chimpanzee and Human Communication Institute)

Kiedy w 1960 roku Jane Goodall zaczynała swoją przygodę w Gombe, mało kto był w stanie przewidzieć jak doniosłe i rewolucyjne okażą się w jej badania nad społecznościami szympansów. Tym bardziej, że Goodall nie była naukowcem. Nie posługiwała się naukowym żargonem, nie znała niepisanych reguł obowiązujących wśród ówczesnych etologów. Nadała badanym zwierzętom imiona. Bez ogródek notowała informacje dotyczące ich umysłu, emocji czy świadomości. Szybko jednak okazało się, że zwierzętom nie nadaje się imion tylko cyfry, nie wolno im odczuwać emocji ani myśleć. Recenzenci nie zostawili na jej artykułach suchej nitki. Redaktorzy wymagali aby w swoich tekstach zaimki osobowe „on” i „ona” zastąpiła zaimkiem „to”. Zwierzętom nie wolno było, w najmniejszym stopniu imputować osobowości. Nie do pomyślenia były poważne rozważania nad naturą szympansiego umysłu. Jednak Jane Goodall nie była jedyną, która wyłamała się z obowiązujących schematów. Negatywne komentarze skłoniły ją do podjęcia refleksji nad naszym stosunkiem do zwierząt. Podobnie było z innymi etologami czy zoologami.

Goodall określiła nasze zachowanie jako hańbę gatunku ludzkiego.  Vitus B. Drosher nie bał się przyrównywać rzeźni do obozów zagłady. Desmond Morris pisał o umowie zawartej z naszymi krewniakami, a następnie brutalnie przez nas zerwanej. Żaden z nich nie pozostał obojętny wobec krzywdy jaka jest codziennym udziałem milionów zwierząt. Krzywdy dotychczas całkowicie ignorowanej. Zwierzęta w zależności od sytuacji były domowymi ulubieńcami, obiadem na talerzu, bezdomnym włóczęgą bądź też pięknym okazem w zoo. Klasyfikowaliśmy je i ocenialiśmy zależnie od tworzonych przez nas kontekstów. Wartościowaliśmy ich życie – raz brutalnie wykorzystując, innym razem otaczając troskliwą opieką. Byliśmy na zmianę panami wszelkiego stworzenia i dobrodusznymi opiekunami rzekomo „mniejszych” braci. Zwierzęta są stale uzależnione od naszego poglądu na nie, w olbrzymiej większości nacechowanego absolutną ignorancją. Nie mogą liczyć na obiektywizm i poszanowanie bo miast starać się poznać i zrozumieć ich świat, definiujemy go na wzór własnego. Ta swoista choroba, tocząca ludzkość od stuleci, której głównym objawem jest gatunkowy szowinizm, to antropocentryzm.

Korona stworzenia

Czym właściwie jest antropocentryzm? Według powszechnie przyjętej definicji stanowi pogląd filozoficzny, często uzupełniany racjami religijnymi, według którego człowiek stanowi centrum świata, a w skrajnym wydaniu jego cel. W wersji teologicznej zaznacza się metafizyczną stronę ludzkiego istnienia – „duszę” – odmawiając jej jednocześnie wszelkim innym stworzeniom, będącym jedynie uzupełnieniem ludzkiej egzystencji. Same w sobie nie stanowią one odrębnej wartości. Ich istnienie jest zawsze definiowane w odniesieniu do człowieka. W tak postrzeganej rzeczywistości są jedynie kolejnym elementem pozwalającym ludzkości na rozwój i zaspokojenie własnych potrzeb. W przeciwieństwie do człowieka, który a priori stanowi wartość bezwzględną, pozostałe gatunki nabywają uprawnienia w zależności od sytuacji lub są też ich całkowicie pozbawiane, absolutnie niezależnie od siebie. Najbardziej dobitnie zaznaczyli to już starożytni sofiści w swym słynnym aforyzmie: „człowiek jest miarą wszechrzeczy”.

Słowa te doskonale ujmują całą naturę i istotę antropocentryzmu, dla którego inny świat, inne doświadczenie, inny aniżeli ludzki punkt widzenia jest niedopuszczalny. Pogląd ten rozwijał się już wśród myślicieli starożytnych.  Zwierzęta utożsamiano z dziką i nieprzyjazną przyrodą, która w równym stopniu zasługiwała na pogardę. Człowiek, najdoskonalsze i najbliższe bogom stworzenie, nie mógł być identyfikowany ani z jednym ani drugim. Wręcz przeciwnie. Izolacja względem natury miała stanowić o rzekomej wyjątkowości, i zarazem ją legitymizować. Żyjący w I w. p.n.e. starożytny poeta Lukrecjusz za niegodność uważał, że świata „część niepomierną zajmują góry i lasy, gdzie tylko zwierz dziki żyje”.

W tym kontekście antropocentryzm nie tylko definiuje nasze spojrzenie na świat, ale również nas samych. Tworząc punkt odniesienia stanowi o wartości i sensie naszego życia. Dystansując nas od natury pozwolił nadać gatunkowi Homo Sapiens nową jakość. Tym trudniej rozstać się z wizją człowieka – Pana planety.

Hierarchia

Antropocentryzm objawia się na bardzo wielu płaszczyznach. Aby uświadomić sobie to zagadnienie w szerszej perspektywie musimy odwołać się do filozofii. Cała idea antropocentryzmu opiera się hierarchizacji. Byty mniej doskonałe służyć miały bytom doskonalszym. To znaczy ich życie było cokolwiek warte tylko w odniesieniu do bytów ponad nimi, dla których zostały one stworzone. Pogląd ten jasno wyraził Arystoteles w słowach: „rośliny istnieją dla zwierząt, zwierzęta zaś dla człowieka”. Usprawiedliwiało to ich eksploatację. Nie wystarczyło jednak by uspokoić sumienie. Należało jeszcze zdeprecjonować swoje ofiary. Podobnie jak podczas wojny żołnierze dehumanizują swoich przeciwników, tak ludzie musieli zdewaluować wartość innych zwierząt. Pozwalało to nie tylko uwolnić się od wszelkich konfliktów moralnych, ale też jeszcze bardziej wzmocnić pozycję człowieka jako bytu doskonałego – jedynego obdarzonego inteligencją i świadomością. Istotę tego postępowania doskonale ujął Keith Thomas:

Wytyczając wyraźną granicę między człowiekiem a zwierzęciem, pierwsi nowożytni teoretycy chcieli przede wszystkim usprawiedliwić polowanie, udomowienie zwierząt, spożywanie mięsa wiwisekcje (…) oraz masową eksterminację szkodników i drapieżników.

W tym kontekście definiowanie zwierząt jako maszyn, bezrozumnych automatów nikogo nie dziwiło. Było jedynie logiczną konsekwencją wcześniejszych poglądów na wyjątkowość gatunku Homo Sapiens. Tak dla Kartezjusza, jak i dla Kanta zwierzęta stanowiły jedynie środek do celu, którym był człowiek. Uznani dziś myśliciele czy filozofowie większość swych teorii i założeń opierali na antropocentrycznej wizji świata. Bowiem jedynie świadomość własnej wyjątkowości dawała im powody do szukania odpowiedzi na odwieczne pytania o sens i cel życia – ludzkiego rzecz jasna. Epoki dla historii ludzkości przełomowe – takie jak np. renesans – nie przyniosły w tej kwestii żadnego rozwiązania. Pogorszyły sytuację i dały do ręki zwolennikom wyższości ludzkiego życia potężną broń: humanizm, pogląd, który współczesny filozof John Gray określił słusznie jako „świecką religię” – zeświecczałą wersję religijnych dogmatów o panowaniu człowieka. To, co do tej pory opierało się w większości na przesłankach metafizycznych i teologicznych, znalazło swoje miejsce w racjonalnej i świeckiej wizji świata. Gdyby pozbawić człowieka niesprawiedliwie nadanej mu korony wszelkiego stworzenia humanizm nie znalazłby żadnego punktu zaczepienia.

Po raz kolejny budowaliśmy swoją moralność na krzywdzie innych. Ideologiczne ograniczenia humanizmu nie pozwalały wyjść poza ludzki punkt widzenia. Nie pozwalają na to do dzisiaj.

Dogmat

Musimy sobie uświadomić, że wirus antropocentryzmu miał zgubne skutki nie tylko dla przyrody i zwierząt ale w tym także i dla nas – ludzi. To on, stojąc na straży „świętości” ludzkiego istnienia, latami hamował postęp nauki. Jakikolwiek fakt, który mógłby podważyć dominującą rolę człowieka w świecie, był tępiony z całą bezwzględnością. Teoria Kopernika, która odbierała Ziemi, a tym samym ludziom centralne miejsca we wszechświecie, teoria ewolucji, która odważyła się zasugerować nasze powiązanie ze światem zwierzęcym, to tylko przykłady najbardziej znaczące. Giordano Bruno, dowodząc, że nasz Układ Słoneczny jest tylko jednym z wielu, a sami ludzie „w obliczu nieskończoności nie są niczym więcej niż mrówką”, spłonął na stosie. Galileusz za poparcie teorii Kopernika został wtrącony do więzienia. Średniowieczna Inkwizycja brutalnie zwalczała wszelkie pogańskie wierzenia i rytuały uświęcające naturę. Antropocentryzm przyjął formę dogmatycznego nakazu moralnego.

Kiedy Desmond Morris postanowił w 1967 roku wydać „Nagą małpę” – książkę, która rozpatrywała naturę człowieka z punktu widzenia zoologi jako integralną część przyrody – rozpętała się prawdziwa burza. Pozycja została przez Kościół zakazana w kilku krajach, a jak wspomina sam autor jej nielegalne egzemplarze konfiskowano i palono. Ludzie po raz kolejny poczuli się poniżeni. Tego typu przykładów można by mnożyć w nieskończoność.

Chociaż w historii wielu było ludzi, którzy odmawiali racji poglądom wyrosłym z idei antropocentryzmu, to ich publiczne zakwestionowanie groziło w najlepszym razie społecznym ostracyzmem, a w najgorszym śmiercią. Głosy sprzeciwu ginęły w morzu wiecznych zabobonów i pseudo-naukowych dyskusji. Mówienie o zwierzętach w kontekście ich praw budziło jedynie politowanie i pusty śmiech.

„Uczłowieczanie” zwierząt

Ten dziwaczny dyskurs, o czym była już mowa na początku, ukształtował w dużej mierze także nauki, które z samej swej natury powinny być obiektywne i pozbawione jakichkolwiek uprzedzeń – te zajmujące się zachowaniem i charakterystyką zwierząt. Pomimo to, od lat środowisko to zdominowane jest przez wszelkiej maści behawiorystów, dla których jakiekolwiek przejawy inteligencji czy świadomości zwierząt to jedynie mechaniczne i wyuczone odruchy. Mimo swej pozornej naukowości, behawioryzm przestrzega przed próbą badania i rozstrzygania kwestii świadomości u zwierząt, którą traktuje jako rzecz nieistotną. Nie pozwala tym samym dociec obiektywnej prawdy i wyzwolić się z ideowych ograniczeń nadanych nam przez antropocentryzm i humanizm. Kiedy w roku 1984 Donald R. Griffin, twórca etologii poznawczej, zdecydował się opublikować  swoją książkę pod tytułem „Animal Thinking”, w środowisku naukowym zawrzało. Ówcześni behawioryści stojący na straży ideologicznego status quo podnieśli szum jakoby autor starał się  ”uczłowieczyć zwierzęta”. Kolejne jego prace jak „Animal Structure and Function” czy przetłumaczone na polski „Umysły zwierząt” budziły nie mniejszą sensację. Po blisko 150 latach po opublikowaniu „O powstawaniu gatunków” Darwina ktoś po raz kolejny odważył się podnieść rękę i poddać w wątpliwość uprzywilejowaną pozycję człowieka, dotykając przy tym samego sedna ideologii antropocentryzmu – rozróżnienia ludzi od zwierząt. Idea, jakoby ludzie byli jakościowo odmiennymi istotami, wyrosła na gruncie głębokiej niewiedzy dotyczącej sfery zwierzęcej psychiki i zachowań. Dogmat antropocentryzmu nie wymagał od nas podobnej refleksji.

Jednak wraz z rozwojem nauk biologicznych i powstaniem etologii kognitywnej jasnym stało się, że wszystkie nasze, na pierwszy rzut oka wyjątkowe, cechy, jak inteligencja czy świadomość, dzielimy w większym lub mniejszym stopniu z innymi gatunkami. W tym kontekście mowa o „uczłowieczaniu zwierząt” zdaje się czymś na wskroś absurdalnym. Niemniej doskonale oddaje naturę naszych wiecznych uprzedzeń względem zwierząt. Ktoś staje się wart naszej uwagi dopiero, gdy podniesiemy go do naszej rangi, a więc „uczłowieczymy”. Z drugiej strony kłócić się będzie to z naszą wizją Pana planety. Człowiek bowiem zgodnie z obowiązującymi wytycznymi zwierzęciem nie jest. Przyrównanie go do zwierzęcia jest hańbą i obelgą. Dotychczasowe usunięcie zwierząt poza sferę ludzkich trosk sankcjonowało brutalne traktowanie zrównywanych do nich ludzi. Nie bez powodu w nazistowskich Niemczech powszechne było stosowanie zwierzęcych etykiet względem Słowian, Cyganów czy Żydów. Usprawiedliwiało to zarówno ich eksterminację jak i medyczne eksperymenty, które de facto nie różniły się niczym od tych jakim poddawało się i poddaje nadal miliony zwierząt.

Granice

Obsesyjna chęć wytyczenia wyraźnej granicy pomiędzy ludźmi a zwierzętami przybierała nieraz bardzo kuriozalne formy. Pisarze i humaniści często pisali o ludziach jako dzikich bestiach. Upominali ich wzajemne okrucieństwo i nienawiść. James Froud pisał „dzikie zwierzęta nigdy nie zabijają dla sportu”. To pozornie szlachetne wobec zwierząt stwierdzenie ma jednak stanowić wyłącznie upomnienie dla ludzi. Zawstydzić i pokazać, że moralnie sytuują się jeszcze niżej od zwierząt.  Ta pokrętna logika dzielenia, uczłowieczania i przyrównywania nie ma jakiegokolwiek oparcia w rzeczywistości. Antropocentryzm, dostrzegając olbrzymie różnice pomiędzy ludźmi a zwierzętami, nie dostrzega ich wśród samych zwierząt, które wszystkie, wraz z człowiekiem różnią się w ten sam, analogiczny sposób.  Antropocentryzm nauczył nas patrzeć i badać świat przez pryzmat człowieka. W tym kontekście doświadczenia ludzkie są jedynymi możliwymi rodzajami doświadczeń. Tymczasem nie są one ani jedyne, ani nawet najdoskonalsze. Nietoperze żyją w świecie ultradźwięków, węże potrafią rejestrować termiczny profil ofiary, wieloryby komunikują się na częstotliwości niedostępnej ludzkim uszom, mucha jest w stanie zarejestrować 100 obrazów na sekundę, ponadto widzi w świetle spolaryzowanym i ultrafiolecie, włoski czuciowe pluskiew potrafią wyczuć różnice temperatur wyrażającą się w setnych częściach stopni Celsjusza, jerzyki dzięki wewnętrznemu „tele-barometrowi” potrafią omijać obszary deszczowe i szukać sprzyjającej pogody. Wszystkie te cechy powstały w odpowiedzi na specyficzne uwarunkowania ekologiczne i tylko w tym kontekście mogą być one rozpatrywane. Wartościowanie ich w duchu ludzkiego szowinizmu nie mówi nam nic o rzeczywistej naturze zwierzęcia. Umacnia tym samym naszą ignorancję, która, gdy nazwać nas zwierzętami, rodzi poczucie upokorzenia. Ten absurd nie ma prawa zaistnieć, jeśli będziemy pamiętać, że definicja zwierzęcia nie odnosi się do jego zdolności intelektualnej, świadomości czy emocji, a tylko i wyłącznie budowy.

Poprowadzenie granicy, z jednej strony której znajdą się wyłącznie ludzie, a z drugiej pozostałe gatunki jest niemożliwe. Żadna charakterystyczna dla danego gatunku cecha nie jest udziałem wszystkich jego przedstawicieli. Ludzie, w zależności od wieku, stopnia rozwoju czy upośledzenia, mogą prezentować w porównaniu z szympansami, słoniami czy delfinami o wiele wyższe lub niższe zdolności poznawcze, mimo że każdy z ludzi należeć będzie wciąż do Homo Sapiens. Nadawanie praw na podstawie samej przynależności gatunkowej stanowi nie tylko krzywdząca generalizację, ale  w swej naturze niczym nie różni się też od rasizmu czy seksizmu. W kontekście powyższych rozważań gatunkowy szowinizm stanowi jedynie logiczną konsekwencją idei antropocentryzmu.

Podobnie jak rosyjski etolog Boris Cyrulnik, z przykrością zgodzić musimy się z tezą, że historia zwierząt to historia naszego spojrzenia na nie. Od stuleci zwierzęta uzależnione były od naszych kaprysów, zachcianek, idei, bezmyślności i głupoty. Stanowiąc dopełnienie ludzkiej egzystencji, nie miały prawa do własnego życia i świata. Zwierzęta nie są jednak ani automatami, ani niewolnikami. Są zwierzętami. Fenomenem biologicznym na nie mniejszą skalę niż my – ludzie. Odrębnymi jednostkami ze swoimi pragnieniami i potrzebami – często dla nas zupełnie niepojętymi i niezrozumiałymi. Obracającymi się w różnych światach – mentalnych i zmysłowych, które łączy wspólna dla nas wszystkich zdolność odczuwania bólu i cierpienia. Dopiero kiedy to zrozumiemy, kiedy przełamiemy odwieczny mur ignorancji wyrosły na krzywdzącej ideologii antropocentryzmu, będziemy w stanie spojrzeć na nie ich oczami, porzuciwszy jedyny i słuszny ludzki punkt widzenia. Szersze spojrzenie na kwestię praw zwierząt, wyzbyte nagromadzanych przez wieki stereotypów i uprzedzeń jest niezbędne jeżeli idea wyzwolenia zwierząt ma się kiedykolwiek ziścić, a nie pozostać jedynie pustym sloganem.

Emil STANISŁAWSKI
Źródło: Zeszyty Praw Zwierząt #1

Facebook Comments

Może Ci się również spodoba

Shares