„Dzięki raz jeszcze za te 30 dni”

shutterstock_161302799

Zapraszamy do przeczytania ostatniego komentarza dotyczącego naszej akcji „Zostań wege na 30 dni”, który nadesłała do nas Patrycja. Cieszymy się, że kampania przyniosła pozytywny rezultat i trzymamy kciuki za nową dietę!

blog30dniZainspirowana notką, którą dziś opublikowaliście, chciałam też Wam podziękować. U mnie zaczęło się od 30 dni vege… ponad dwa lata temu.

Na początku było ciężko. Nie fizycznie, bo fizycznie od pierwszych dni poczułam się lepiej, niż wcześniej – lekko, bez efektu ospałości i przejedzenia po posiłkach.

Nawet po świętach wstaję teraz od stołu i idę na własnych nogach, zamiast – jak wcześniej – się turlać.

Psychicznie też nie miałam problemu, mimo iż uwielbiałam smak mięsa. Wiem, że w wege-kontekście niepopularnym jest się do tego przyznawać, ale nie twórzmy mitów. Gdyby komuś mięso po prostu nie smakowało, to nie potrzebowałby żadnej kampanii, żeby je rzucić. Ja sama miałam moralne wątpliwości od lat i ograniczałam spożycie mięsa, ale decyzja o odstawieniu na zawsze czegoś, co się lubi, wymaga dużo siły i odwagi. Za to odstawić to na 30 dni, to pestka. Przecież to tylko 30 dni, a potem ewentualnie znów się najem wątróbki, czy schabowych, prawda? Tylko, że 30 dni wystarcza (mi wystarczyło), żeby już do tego nie wrócić. Skoro mi lepiej psychicznie i fizycznie, to po co znów zmieniać to na gorsze?

Ciężko było społecznie. Rodzina robiła mi karczemne awantury, że niechybnie się wpędzę do grobu (albo co najmniej wyląduję w szpitalu, gdzie rzecz jasna będą mi przez kroplówkę sączyć do krwiobiegu wędzoną kiełbasę). Część rodziny oznajmiła mi, że fanaberie to sobie mogę mieć u siebie, ale u nich będę jadła to, czym mnie poczęstują (co spowodowało, że przez jakiś czas na rodzinne spędy jeździłam z własnym jedzeniem – robię tak zresztą do dziś, ale teraz już tylko po to, żeby podzielić się z bliskimi czymś innym, fajnym). Przestałam chodzić do restauracji, które wcześniej uwielbiałam, bo okazało się, że z wegetariańskich potraw serwują tylko „mix sałat”. Mąż, który lubi przygotować nam od czasu do czasu uroczystą kolację przy świecach, musiał się przestawić na inny rodzaj kuchni. I jeszcze niezliczoną ilość razy musiałam dziękować ku osłupieniu częstujących za rosoły („przecież to zupa, tam nie ma mięsa”), ciastka z galaretką („nie przesadzasz? przecież to ciasto!”), dania okraszone skwareczkami („ale przecież możesz ich nie jeść, a przynajmniej co zostanie fajny posmak”), ryby („ryba to nie zwierzę, bo ma słabo rozwinięty układ nerwowy”) i inne tego rodzaju smakołyki.

Zdarzało mi się też usłyszeć od zaproszonych do mnie gości, że serwuję oszukane pasztety, czy że u mnie nie ma nic do jedzenia i po takich świętach to jeszcze się trzeba jechać do domu porządnie najeść (mimo kilkunastu potraw na stole).

Ale wiecie co? To z czasem mija. Rodzina widzi, że nie umarłam i że do szpitala żadnego się póki co nie wybieram. Mało tego, moi bliscy na okazję spotkań ze mną zaczęli wyszukiwać wegetariańskie przepisy, żeby mnie fajnie ugościć – i mam wrażenie, że sprawia im to niemałą przyjemność (nie wspominając o mnie!). Znalazłam nowe, jeszcze lepsze restauracje. Mąż wyczarowuje w kuchni bezmięsne cudeńka. A smażonego camemberta na każdym weselu („bo co innego jedzą te wegetariany?”) jakoś da się przeżyć .

Od jakiegoś czasu sama prowadzę blog kulinarny. Póki co wegetariański, ale mam wrażenie, że jak już się weszło na tę drogę, to nieuchronnie prowadzi ona do weganizmu. Nie jestem aktywistką i nie namawiam nikogo na siłę do zmiany przekonań i przyzwyczajeń, ale myślę sobie, że nawet jeśli dzięki moim przepisom ktoś zje w tygodniu o jedną porcję mięsa mniej, to i tak chyba warto, prawda?

Dzięki raz jeszcze za te 30 dni. Nie będzie w tym przesady, jeśli napiszę, że zmieniły moje życie. Na lepsze.

Patrycja

Facebook Comments

Może Ci się również spodoba

Shares