Wyjaśnij – dlaczego?

Luśka. Tak mam na imię. Moje towarzyszki z klatki to Balbinka, Alutka, Zielononóżka, Zośka i Kokoszka. Była jeszcze Emi, ale niestety teraz jej nieżyjące już ciałko rozkłada się pod naszymi pazurami, choć wolałabym na razie o tym nie opowiadać. Nie znajdziecie naszych imion na żadnej tabliczce, w metryce, czy zeszycie. Nadałyśmy je sobie same. Jesteśmy skazańcami na zawsze uwięzionymi w klatce o powierzchni 750 cm2 .
Food-Lion-laying-hens-Kneidel-cropped-1024x816

Proszę, nie użalajcie się nade mną. Miałam szczęście, bo przecież mogłam przyjść na świat jako kogut, nie mający żadnej wartości handlowej. Wtedy zostałabym zagazowana, zamknięta w foliowym worku lub zmielona żywcem z innymi nieszczęśnikami nie dożywawszy zachodu słońca. Początkowo cieszyłam się, że mam przed sobą szesnaście tygodni beztroskiego okresu dojrzewania. Nie mogłam wiedzieć, że ten czas ma wzmocnić mnie na tyle, abym mogła stać się produktem fabrycznym, mającym jak najdłużej wytrzymać wzięzienne warunki. A to przecież jestem ja – Luśka. Każdy mógłby się zdenerwować, gdyby nikt nie widział w nim odczuwającego i rozmyślającego stworzenia. Z młodzieńczą naiwnością podskakiwałam więc i daremnie próbowałam rozprostować skrzydła w pomieszczeniu, które miało stać się moją celą.

Więźniarek jest tak wiele, że nie sposób ogarnąć wszystkie wzrokiem. Usłyszałam kiedyś od człowieka, który przechadza się co kilka dni usuwając z klatek nieżyjące już siostry, że w naszym kurniku przebywa nas około stu tysięcy. Sto tysięcy kur, którym nikt nie chce nadać imienia. W pierwszym okresie naszej niewoli byłyśmy wściekłe. Zrozumiałyśmy, że nic się nie zmieni. Jesteśmy tylko żywymi maszynkami produkującymi rocznie dziewięc miliardów jajek.

Podłoga naszych klatek jest nachylona pod niewielkim kątem tak, aby jajka staczały się na taśmociąg zainstalowany przy przedniej ścianie celi. Nie rozumiem, za sprawą czego się to dzieje, ale jedzenie i woda pojawiają się w poidłach smoczkowych. Jestem tylko zwyczajną Luśką, a nie celebrytką Madonną z wolnego wybiegu, nie oczekujcie więc, że wszystko będę wam potrafiła wytłumaczyć. Najdłużej zastanawiam się nad tym, za co otrzymałam wyrok skazujący na dreptanie w miejscu przez całe życie. Mniej interesuje mnie sprawa poideł, sami rozumiecie.

Wiem, że noga większości z was nigdy nie postanie w tym oddalonym od ludziego wzroku miejscu. Abyście lepiej wyobrazili sobie moje położenie dodam jeszcze, że nasz kurnik składający się z kilku pięter, osiąga długość dziewięćdziesięciu metrów. Dla porównania, pełnowymiarowy pływacki basen olimpijski ma pięćdziesiąt metrów długości. Nie, nie jestem z tego dumna. Przerażające jest to, że stojąc w połowie kurnika nie zobaczycie jego końca. Jest to nieskończoność cierpienia, strachu i niewygody.

Każda z nas produkuje rocznie około trzystu pięćdziesięciu jaj, podczas gdy kury z ferm ekologicznych znoszą po czterdzieści jaj w tym samym czasie. Niestety, nie wyjaśnię, dlaczego jesteśmy do tego zmuszane. Wy, ludzie, myślicie, że kury są głupie. Pewnie tak jest, ponieważ nie pojmujemy dlaczego spotkał nas taki los. Skoro znaleźliście czas, aby mnie wysłuchać, wytłumaczcie proszę Luśce, dlaczego musimy cierpieć dla jaj, skoro nie są one niezbędne. Nie zaprzeczaj, bo wiem, że dobrze zbilansowana dieta oparta na różnorodnych produktach roślinnych zapewnia wszystkie aminokwasy niezbędne na wszystkich etapach rozwoju człowieka. Skoro jesteście tacy mądrzy opracowując wysoko rozwinięte technologie i więzienia doskonałe, do których nie musicie nawet zaglądać, wytłumaczcie, komu potrzebne jest nasze cierpienie?

Będąc dzieckiem-kurą buntowałam się, jak oszalała biegałam po klatce, choć to trudne, bo przez jej nachylenie trudno się wyprostować. Rozpaczliwie drapałam pazurami w metalowe pręty, wstyd się przyznać, ale atakowałam też inne kury. Czasami zadawałyśmy sobie poważne rany, wydziobywałysmy pióra, dochodziło nawet do kanibalizmu. Nasza frustracja pogłębiała się wraz z pogarszającym się stanem zdrowia. Każda z nas boryka się z przewlekłymi i nieleczonymi chorobami, takimi jak kokcydioza (biegunka z domieszką krwi powodująca odwodnienie i anemię), ptaszyniec kurzy (pasożyt żywiący się krwią ptaków), salmonella, tyfus i inne. Ból, osłabienie, świąd, niegojące się rany towarzyszą nam każdego dnia.

Teraz już się nie złoszczę. Znoszę jaja od pięćdziesięciu tygodni. Średnia życia kury nioski w fabrykach trwa około osiemnastu miesięcy. W naturalnych warunkach byłoby to kilkanaście lat. Czuję, że moje nędzne życie dobiega końca. Jestem dorosłą Luśką. Intuicyjnie wiedzącą, że gdzieś równolegle toczy się inne życie szczęśliwych kur. Mających kawałek podwórka, świeże powietrze, naturalny cykl dobowy w którym nie ma sztucznego światła utrzymującego się o wiele za długo.

A ja? Umrę niepogodzona z byciem jedną z trzydziestu siedmiu milionów kur niosek żyjących w Polsce, których istnienie dla nikogo nie ma znaczenia, jest pozbawione godności i szacunku należnego każdej żywej istocie. Jeśli nie padnę jak Emi i nie zostanę rozdeptana przez inne kury, zostanę sprzedana do rzezi. Skończę jako kostka rosołowa, dodatek do karmy dla psów lub odżywka dla dzieci.

Pamiętaj proszę, że miałam na imię Lusia.

Tekst: Marta Bukowska
Artykuł powstał w ramach kampanii jakonetoznosza.pl

Facebook Comments

Może Ci się również spodoba

Shares